|
niedziela, 29 stycznia 2012
Właśnie sobie przypomniałam, że dziś jest niedziela i wszyscy niecierpliwie czekają na nowy odcinek Dzisiaj czytam... ! (Hahaha!) Śpieszę więc donieść, że czytam prześliczną książkę, mały klejnocik pośród wielu podobnych do siebie utworów, „Miss Pettigrew Lives For a Day” Winifredy Watson, wydaną przez wydawnictwo Persephone. (Więcej o tym wydawnictwie tutaj). Zachęcona entuzjastyczną recenzją Lirael, która ostatnio pisała na swoim blogu o innej pozycji wydanej przez to wydawnictwo, postanowiłam wreszcie zabrać się za swoje zaległe książki... „Miss Pettigrew..” to powieść o współczesnym Kopciuszku, który przeżywa najwspanialszy dzień swojego życia – nie dajcie się zwieść szarej okładce, nie ma w tej historii nic nudnego! Książka jest bardzo wciągająca, dowcipna i taka fantastycznie staroświecka. Pozostając w klimacie dwudziestolecia czytam też książkę Kopra o elitach artystycznych, wspomnianą w poprzedniej notce. Coś mnie ciągnie do tych klimatów, zaczęłam mawet oglądać adaptacje książek Agathy Christie o słynnym detektywie, Herculesie Poirot, na angielskim programie ITV... Dalsze plany czytelnicze? Po przeczytaniu postu Padmy o serii o Janeczce i Pawełku Chmielewskiej, mam ochotę przeczytać te książki.. Na razie znalazłam Nienackiego „Pan Samochodzik i niesamowity dwór” i podczytuję w przerwach. Uff. To już wszystko na dziś. Czeka na mnie książka i kubek z sokiem malinowym. Mniam. Życzę wam przyjemnej i relaksującej niedzieli!
sobota, 28 stycznia 2012
Dawno temu, był sobie mały, śliczny dworek na przedmieściach Krakowa, w którym mieszkał Tatko, Mamidło i dwie siostry. Była też Babunia i Dziadzio, brat, wujkowie i ciocie. Były psy, ptaszki, świnki morskie i koń. Były zabawy z kuzynami i przyjaciółmi w ogrodzie. Dom pełen był ciepła i radości, bo mieszkające tam siostry wiodły sielskie życie, które potem młodsza opisała w pewnej książce. Tym domem była Kossakówka, siostrami – przyszła poetka i dramatopisarka, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i przyszła satyryczka, Magdalena Samozwaniec, a książka to oczywiście „Maria i Magdalena” autorstwa Magdaleny Samozwaniec.
Magdalena Samozwaniec napisała „Marię i Magdalenę” w 1956 roku. Maria nie żyła już od ponad dziesięciu lat, rodzice zmarli kilka lat wcześniej. Książka, w której satyryczka powraca do swojego dzieciństwa i czasów młodości, to swoisty hołd złożony ukochanej siostrze i ojcu. Wydaje mi się, że Samozwaniec chciała w ten sposób przywołać do życia minione, beztroskie lata, zachować w pamięci bliskie jej osoby, w szczególności siostrę, z którą wojna ją brutalnie rozłączyła. Przy okazji chciała tez sportretować minioną epokę, świat, który zmieniła się na zawsze i ludzi, którzy odeszli wraz z nim. Rezultatem jest właśnie ta nieprawdopodobnie interesująca książka, pełna rodzinnych anegdot i historii, portret jednej z najbardziej znanych rodzin artystycznych, a równocześnie barwny zapis życia i obyczajów społecznych dwudziestolecia międzywojennego. Maria, zwana Lilką, i Madzi „Maria i Magdalena” to książka przy której nie można się nudzić! Trzeba przyznać, że Magdalena Samozwaniec była świetną satyryczką i potrafiła przypiąć łatkę, wyśmiać pewne zjawiska, ukazać w krzywym zwierciadle interesujące postacie... Potrafiła też jak nikt opowiedzieć dowcipna anegdotkę, a znała ich niezliczoną ilość – nie tylko dotyczących własnej rodziny. W książce pobrzmiewa też nutka nostalgii, gdy z westchnieniem smutku opowiada autorka o świecie, który odszedł na zawsze – wspomina ludzi i miejsca, których już nie ma. I tak jak Samozwaniec nie potrafi pozostać obiektywna pisząc o swojej siostrze, tak i ja nie potrafię pozostać obiektywna wobec tej książki – to jedna z moich ulubionych lektur, zawsze zajmująca, zawsze pełna interesujących postaci, dowcipna, pełna czaru i uroku - zupełnie jak siostry Kossakówny. Fascynująca podróż do dawnej epoki, w której każdy czytelnik odnajdzie coś interesującego.
Natomiast nie mogę nie wspomnieć o jednej rzeczy, która nie tylko zdenerwowała mnie, ale i zepsuła nieco lekturę tej książki, a mianowicie niechlujną korektę. Nie dość, że w książce znalazłam jakieś literówki, to (co najgorsze) znalazłam też dwa miejsca, w którym kawałek tekstu został w jakiś sposób ominięty – przez co te fragmenty straciły sens... Specjalnie zadzwoniłam do mamy i kazałam jej porównywać fragmenty jej wydania. Cóż. Mam nadzieję, że w ewentualnych przyszłych wydaniach, te błędy zostaną naprawione. Mam tez nadzieję, że pomimo mojego ostrzeżenia przeczytacie książkę. Naprawdę warto. (Zdjęcia użyte na blogu pochodzą z tej strony.)
środa, 25 stycznia 2012
Bardzo wcześnie w „Call the Midwife” Worth pisze, że nie myślała, że ludzie mogą tak żyć... Ten szok i niedowierzanie towarzyszy jej podczas pierwszych wizyt, podczas pracy w poradni dla kobiet w ciąży, prowadzonej przez zakonnice, kiedy bada kobiety, odwiedza je w domach i poznaje powoli świat, w którym żyją. Stopniowo jej niedowierzanie (a nawet niechęć) przeradza się w podziw i uznanie. Kobiety, z którymi się spotyka z racji wykonywanego zawodu, zaczynają jej imponować – nie tylko tym, że rodzą dzieci, wychowują je, są żonami i matkami, ale też i tym, że żyjąc w potrafią też żartować, śmiać się i po prostu ŻYĆ. Przeczytałam gdzieś, że „Call the Midwife” to niemalże dokument socjologiczny. Autorka wiele uwagi poświęca opisom życia mieszkańców dzielnic East Endu. Nie tylko wspomina okropne warunki mieszkaniowe, brak toalet, ciepłej wody, przeludnienie i zatrważające nieraz warunki higieniczne, ale pisze też o wielu innych problemach, z jakimi musiały zmagać się kobiety w tamtych czasach, takich jak dzieci ze związków mieszanych, prostytucja, odbieranie dzieci rodzicom... Co ciekawe, Worth pisze, że jej zawód cieszył się tak wielką estymą, że chociaż policjanci nie zapuszczali się w dzielnice doków pojedynczo, położne i pielęgniarki mogły bezpiecznie chodzić na wezwanie bez niczyjej asysty i wszędzie były przyjmowane z szacunkiem. W tej bardzo kobiecej książce, zaludnionej przez kobiety, dotyczącej problemów kobiet – mężczyźni pojawiają się bardzo rzadko. Mężowie nie mieli prawa wstępu do pokoju, w którym rodziła kobieta, nie sądzę też, żeby im przeszło do głowy, by być przy porodzie obecnym. Są więc traktowani marginesowo, zazwyczaj pojawiając się w opowieści tuż po szczęśliwym rozwiązaniu. Jest jednak w tej historii kilka wyjątków... Przede wszystkim mężczyzn reprezentuje w tej powieści Fred, człowiek od wszystkiego pracujący w domu zakonnic, pojawia się też kilku przyjaciół Jenny, z którymi spędza ona wolne wieczory. Z nimi też są związane zabawne rozdziały tej książki. Oprócz opowieści o matkach i ich potomstwie, Jennifer Worth pisze też o swoich współpracownicach – mniej miejsca w książce poświęca innym położnym, które z nią pracowały, za to dużo pisze o zakonnicach i ich pracy. Wydaje mi się, że siostry bardzo jej imponowały swoim poświęceniem, spokojem i oddaniem zarówno swojej pracy jak i swojej wierze. Sceptyczna początkowo Worth często wspomina w książce o swoich doświadczeniach związanych z rozwojem duchowym i wędrówką ku wierze. Mimo iż „Call the Midwife” to książka oparta na wspomnieniach autorki, pewne tematy są frustrująco pominięte. Nie wiele wiemy o życiu Jenny we wczesnej młodości, nie wiemy też, co skłoniło ją do wybrania kariery położnej. Z gazet dowiedziałam się jednak, ze w latach siedemdziesiątych Worth porzuciła położnictwo, by zająć się muzyką. I jest to jedyny zgrzyt w tej powieści – doprawdy sądziłam, że Worth była położną z zamiłowania, że kochała ten zawód i pracowała w nim przez wiele lat... Mimo wszystko jej wspomnienia są fascynujące i niosą ze sobą potężny ładunek emocjonalny. „Call the Midwife” to książka momentami dowcipna, momentami zaskakująca, a czasem poruszająca i przerażająca. Niektóre historie wywołują na twarzy uśmiech, inne są po prostu okropnie smutne, a wszystkie są bardzo prawdziwe. Bohaterami „Call the Midwife” są nie tylko siostry i położne, ale też zwykli ludzie – matki i ich dzieci, te niechciane, utracone, a także te kochane i wytęsknione. Każda historia opowiedziana przez Worth jest inna, każda porusza na swój sposób. Każda zostawia w czytelniku ślad. Nie muszę chyba pisać, że gorąco zachęcam wszystkich do lektury? Na zachętę dodam jeszcze, że niedawno BBC rozpoczęła nadawanie serialu na podstawie książki Jennifer Worth - poniżej zwiastun. Muszę powiedzieć, że pierwszy odcinek bardzo mi się spodobał i czekam z niecierpliwością na kolejne!
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Z jak zakończenie? Trochę przewrotnie mój alfabet zaczyna się od końca. Od czegoś trzeba bowiem zacząć, a zakończenie w książkach jest przecież niezmiernie istotne! Na nic wyszukana fabuła, prędka, trzymająca w napięciu akcja – jeśli zabraknie dobrego zakończenia, książka potrafi stracić wiele na wartości... A czasem pozornie średnia i niezbyt ciekawa książka dzięki intrygującemu zakończeniu może się przeobrazić w niezapomnianą lekturę. Jakie to wspaniałe uczucie, kiedy po przeczytaniu ostatnich stron książki wszystkie części układanki wskakują na miejsce, a czytelnik niemal spada z krzesła z wrażenia (nie koniecznie dosłownie, chociaż nigdy nie wiadomo)... Chciałabym więc z wami porozmawiać o książkach, w których zakończenie odgrywa ważną rolę, książkach, które zapadły wam w pamięć dzięki zakończeniu, powieściach, które chcielibyście innym polecić, które może nie są szczególnie znane, a zasługują na wspomnienie... A co ja wam mogę zaproponować? Najpierw kilka oczywistych wyborów. Oczywiście każdy szanujący się kryminał powinien mieć świetny finał, przewrotne i zaskakujące wyjaśnienie zagadki. Moim zdaniem mistrzynią jest tu królowa kryminału, Agatha Christie. Jeśli jeszcze nie czytaliście jej powieści – koniecznie nadróbcie swoje zaległości. Polecam „Morderstwo w Orient Expresie” lub „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, jako przykłady kryminałów z rewelacyjnym zakończeniem. Kto czytał książki Jodi Picoult ten wie, że autorka ta jest znana z tego, że w jej powieściach zazwyczaj pojawiają się niespodziewane zwroty akcji, dramatyczne końcówki, przewracające do góry nogami oczekiwania czytelników. Czy jednak to, że czytelnik niejako spodziewa się niespodziewanego, nie psuje nam przyjemności czytania jej powieści? Pamiętam, że najlepsze wrażenie zrobiły na mnie te jej powieści, które przeczytałam najwcześniej, głównie dlatego, że ten element zaskoczenia był świeży... Tym, którzy Picoult mają jeszcze przed sobą, polecam moje ulubione powieści: „Karuzela uczuć” („The Pact”), „Świadectwo prawdy” („Plain Truth”) i „W imię miłości” („Perfect Match”). Napisać takie zakończenie, które powali czytelnika na kolana to prawdziwa sztuka! Znaleźć taką książkę to jedno z marzeń każdego książkochłona. Pozwólcie, że przedstawię wam moje trzy typy.
Teraz na was kolej! Jakie zakończenia lubicie najbardziej – zaskakujące, szczęśliwe, niespodziewane, tragiczne? Macie swoje ulubione książki, które szczególnie zapadły wam w pamięć? A może takie, które zakończenie zupełnie nie pasowało do reszty powieści lub wręcz ją zepsuło? Chciałabym poznać wasze opinie na temat książek i przy okazji może poznać kilka nowych tytułów, które mogłabym dodać do swojej stale się zwiększającej listy książek-które-muszę-przeczytać. Mam nadzieję, że Alfabet wam się spodoba i wkrótce znów zaproszę was na kolejną jego odsłonę.
niedziela, 22 stycznia 2012
Dzisiaj czytam to: "Maria i Magdalena" Madaleny Samozwaniec. Czytam ze smakiem, delektując się książką tak samo, jak delektuję się herbatą z cytryną i herbatnikami w czekoladzie, podżeranymi na boku. Siedzimy w tak zwanym "pokoju mamy", czytając i ciesząc się leniwym popołudniem. Ulubiony Anglik czyta gazety i "Wiedźmikołaja". Jest dooooobrze. A jutro... A jutro będzie chyba coś nowego. Zapraszam na bloga...
czwartek, 19 stycznia 2012
W starym szkockim domu, w zimowej scenerii, spotyka się niespodziewanie garstka intrygujących postaci. Jest wśród nich Oskar, organista, który próbuje pogodzić się z bolesną stratą i poszukuje nowego domu, jest też Elfrida, jego przyjaciółka, emerytowana aktorka, która próbuje mu pomóc. Do domu przybywają też Carrie (kuzynka Elfridy), która po zawodzie miłosnym porzuciła pracę w Austrii i wróciła do kraju i jej siostrzenica Lucy, samotna czternastolatka, praktycznie podrzucona Carrie przez samolubną matkę i babkę, a także Sam, przybyły z Nowego Jorku biznesmen, któremu pogoda uniemożliwiła dalszą podróż. Każda z tych osób przeżywa jakąś tragedię, zmaga się z własnymi problemami. Razem przeżyją oni niezapomniane święta, podczas których odkryją, jak wiele ich łączy. „Przesilenie zimowe” to pełna uroku, nieco staroświecka opowieść o przyjaźni, miłości i niespodziewanych zakrętach losu. Nie należy się po tej książce spodziewać porywającej, gnającej przed siebie akcji, jest to raczej spokojna, pełna meandrów historia, którą autorka snuje niespiesznie, udzielając po kolei głosu poszczególnym bohaterom. Atmosfera, którą udało się stworzyć autorce przywołuje na myśl rodzinne opowieści snute przez siedzących w wygodnych fotelach dziadków, którym przysłuchują się w skupieniu wnuki. Za oknem śnieżyca, a w domu ciepły kominek i kubek gorącej herbaty – czytając „Przesilenie zimowe” miałam wrażenie, że autorka opowiada mi taką właśnie „kominkową” historię. Bardzo spodobali mi się bohaterowie stworzeni przez Pilcher – niekonwencjonalna Elfrida, nieśmiała i pełna rezerwy Lucy, pogrążony w żałobie Oskar – każda z tych postaci jest zupełnie różna, a jednak w każdej z nich drzemią takie same uczucia, każda z nich jest zdolna do miłości, każda potrzebuje akceptacji. Pilcher pokazuje nam, że miłość i szczęście można odnaleźć w każdym wieku, a przyjaźń może rozkwitnąć tam, gdzie jej się tego nie spodziewamy. Creagan, okryta śniegiem szkocka miejscowość, to urokliwe miejsce promieniujące spokojem i pozytywną atmosferą. Pilcher tak sugestywnie przedstawia obraz tego miasteczka, niezepsutego, pełnego pięknych zakątków i życzliwych mieszkańców, że tak jak po przeczytaniu „Poszukiwaczy muszelek” zapragnęłam odwiedzić Kornwalię, w której byłam tylko raz, i to krótko, tak po przeczytaniu „Przesilenia zimowego” zamarzyłam o ty, by pojechać do Szkocji... Przede mną kolejne książki Rosamunde Pilcher, ciekawe, dokąd jeszcze zabierze mnie autorka.
niedziela, 15 stycznia 2012
Zima chyba do nas wraca, a przynajmniej postanowiła przypomnieć wszystkim, że istnieje. W Polsce podobno pada śnieg (oczywiście w Szczecinie nic), a u nas zrobiło się jakoś tak MROŹNIEJ. W takiej oto temperaturze dobrze czyta się książkę o Szkocji zasypanej śniegiem i o ciepłym domu, pełnym życzliwych ludzi. Ja czytam ostatnie strony „Przesilenia zimowego” Rosamunde Pilcher – książki zaczętej po polsku w domu, w czasie świąt, na której skończeniu nie starczyło mi czasu i którą teraz wykańczam po angielsku. Śmiesznie się czyta książkę w ten sposób, ale jakoś mi to tym razem zupełnie nie przeszkadza. (Tym razem, bo kiedyś czytałam w podobnych okolicznościach przyrody Asę Larsson – zaczęłam „Burzę z krańców ziemi”, a skończyłam „Savage Altar” i muszę przyznać, że po angielsku przekleństwa czytało mi się lepiej. Nie tylko to, ale jaka rozbieżność tytułów!? Jaki jest oryginalny tytuł tej książki, może jakaś dobra dusza mi powie jak się to tłumaczy?) Wracając do tematu, znów mnie świerzbią paluszki i tylko się boję, że zaraz zaczną się ślizgać na klawiaturze i zamiast czytać własne książki i te przytargane z biblioteki zacznę znowu zakupy na kindla... A przecież nigdzie się teraz nie wybieram, a kurz na książkach nieruszanych z półek osiada i niedługo będę musiała kupić gustowną miotełkę. Trochę się tylko obawiam, że gdybym zaczęła wymiatać, wymiotłabym też kilkanaście nowych książek z tylnych rzędów, żeby zasiliły kolejne spontaniczne stosy, które swoją drogą też jakieś takie wielkopiętrowe i grożące zawaleniem. Cóż by to była cudowna śmierć, przywalenie górą książek... Przed śmiercią z zasypania możnaby było sobie poczytać ostatnie strony... Ech. Skoro zaś mowa o stosach, to właśnie na nich wypatrzyłam „Marię i Magdalenę” Samozwaniec i chyba znów sobie ją zacznę podczytywać we fragmentach. Chyba że ten nowy King mnie wciągnie. Albo „Stacja Zoo” Downinga – czytał to ktoś? Ja szpiegowskich powieści nie czytuję zwykle, ale jakoś mi ta wpadła w ręce i pierwsze strony były całkiem, całkiem. A zaczyna się też w styczniu, konkretnie w 1939 roku w Gdańsku. Bardzo się więc wpisuje w klimat MROŹNYCH powieści zimowych... W sam raz na teraz. Cóż, zabieram się za czytanie, dość tego słowotoku.
czwartek, 12 stycznia 2012
Angielska autorka kryminałów, PD James, postanowiła napisać kryminał osadzony w XIX wiecznej Anglii, w których w rolach głównych występują bohaterowie „Dumy i uprzedzenia”. Powieść rozpoczyna się sześć lat po zakończeniu „Dumy i uprzedzenia” - państwo Darcy i ich dzieci żyją sobie wygodnie i szczęśliwie w Pemberley, odwiedzani przez państwa Bingley i inne znane czytelnikom postacie. Elizabeth wraz z mężem właśnie przygotowują się do corocznego jesiennego balu, kiedy ich spokój zostaje zakłócony – w wyjątkowo wietrzną noc rozpędzony powóz zajeżdża do drzwi posiadłości i z pojazdu wytacza się szlochająca Lydia, płacząc i krzycząc, że jej mąż, Wickham, nie żyje. Muszę przyznać, że długo musiałam czekać na zawiązanie akcji! Zresztą, nawet kiedy w lesie zostały już odkryte zwłoki, wcale nie przyspieszyło to biegu zdarzeń. Powieść obfituje w przedziwne dłużyzny – nie liczyłam, ale w pewnym momencie autorka chyba z pięć razy pisze o świecach, które potrzebne były do zbadania zwłok, ponadto pewne sekwencje zdarzeń są powtórzone wielokrotnie przez różne postacie, zupełnie nie wnosząc nic nowego do akcji. Zakończenie powieści też nie zachwyciło mnie specjalnie – było trochę zbyt naciągane i w dodatku pod koniec akcja ponownie prawie stanęła w miejscu. Ostatni rozdział, który koncentrował się głównie na przywróceniu porządku w Pemberley i sfinalizowaniu wszystkich luźnych wątków, był stanowczo zbyt długi. Szczerze mówiąc bohaterowie „Death Comes to Pemberley” również nie przypadli mi do gustu. Przypominali oni chwilami słabe kalki postaci stworzonych przez Jane Austen. Szczególnie nie spodobało mi się to, że James zbyt bardzo chciała pokazać niektóre postaci w nieco innym świetle niż Austen – czasem usprawiedliwiając zachowanie postaci takich jak na przykład Wickham czy lady Catherine de Burgh... Do tego państwo Darcy (szczególnie w ostatnim rozdziale) byli zbyt sztuczni i egzaltowani... Podobało mi się jednak to, że James w różnych momentach powieści wspominała postacie z innych książek Austen, takich jak „Emma” lub 'Perswazje”... Lubię, kiedy pojawiają się w powieściach znani z innych książek bohaterowie! Jeśli chodzi o język powieści, to początkowo podobało mi się to, że PD James postanowiła napisać książkę w stylu Jane Austen, kopiując jej język. Niestety, unikatowy styl pisarki jest ciężki do naśladowania i moim zdaniem miejscami brzmiał nieco sztucznie. Możliwe, że gdyby James nie próbowała naśladować Jane Austen w takim stopniu, powieść byłaby lepsza? Obawiam się, że więcej mnie w tej książce zniechęciło, niż zachwyciło. Pomysł był naprawdę dobry i czekałam na tę książkę z niecierpliwością ale muszę przyznać, że wolałabym, żeby James napisała ją zupełnie od nowa! Zaczęłam ją obiecując sobie dobrą zabawę, oczekując intrygującej zagadki, dowcipnych dialogów, a przede wszystkim ciekawej historii, ale w miarę czytania mój zapał powoli stygnął, aby w końcu przerodzić się w zniecierpliwienie. Myślę, że „Death Comes to Pemberley” może być interesującą lekturą dla wielbicieli książek w stylu Austen, nie koniecznie dla miłośników samej autorki... A ponieważ mnie ta książka rozczarowała, chyba nie będę jej polecać...
wtorek, 10 stycznia 2012
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Carl Morck wraca z urlopu do piwnicznych czeluści Departamentu Q, by zająć się kolejną sprawą. Latem 1987 roku ktoś śmiertelnie pobił rodzeństwo, chłopaka i dziewczynę, w letniskowym domku w miejscowości Rorvig. Podejrzenie padło na grupę uczniów ze szkoły z internatem, którzy przebywali w pobliżu. Trzej z nich są teraz bogaci, wpływowi i bezkarni. Jeden nie żyje. Kolejny członek grupy, Bjarne Thogersen, po jakimś czasie przyznał się do morderstwa. Jedyna kobieta z tej grupy, Kirsten-Marie Lassen, zniknęła. Skoro jednak sprawca morderstwa jest za kratkami, dlaczego sprawa znalazła się na biurku Morcka? I dlaczego komuś z góry zależy na tym, by śledztwo zablokować? Podobnie jak w poprzedniej powieści, czytelnik od początku ma przewagę – nie tylko podąża tropem śledztwa Morcka, ale także śledzi wydarzenia z perspektywy innych bohaterów. Fragmenty opowiadane z perspektywy podejrzanych– Ditleva Prama, Torstena Florina, Ulrika Jensena, w interesujący sposób ukazują nam sylwetki potężnych i niebezpiecznych mężczyzn, którzy nie boją się łamać reguł, są nietykalni i bez skrupułów. Ich styl życia budzi odrazę, ich czyny szokują czytelnika, zwłaszcza, kiedy wyobrażamy sobie, jakich jeszcze niegodziwości mogą się jeszcze dopuścić, a jednocześnie sprawiają, że od lektury nie można się oderwać. Przyzwyczajeni, że sprawy zawsze idą po ich myśli, potentaci źle reagują na wieść, że tak naprawdę są oni też mają swoje słabe punkty i że ich także można zranić. Jednak najciekawszą perspektywę wydarzeń przedstawia czytelnikowi narracja Kirsten-Marie Lassen, kobiety, która powinna mieszkać w wygodnej posiadłości, w luksusie i komforcie jaki jej może dać rodzinna fortuna, a zamiast tego żyje od wielu lat na ulicy, w ukryciu. Kimmie to bardzo ciekawa, złożona i świetnie przedstawiona postać. Pogrążona w szaleństwie, a jednak w niektórych momentach wstrząsająco trzeźwa i przytomna, zdolna do nienawiści tak głębokiej, że staje się ona siłą napędową jej wszystkich działań, a jednocześnie w przedziwny sposób potrafiąca wciąż odczuwać współczucie i żal po śmierci swojej jedynej sojuszniczki. Historia Kimmie jest przejmująca, a jej losy i motywy jej działań odsłaniane są przed nami stopniowo. Śledztwo Morcka przedstawia ją to jako ofiarę, to jako niebezpieczną głównego sprawcę, stopniowo ukazując czytelnikowi prawdziwą Kimmie, postać zaskakującą do samego końca... Podziwiam autora za umiejętność stopniowego budowania napięcia – od intrygującego początku, podczas którego śledzimy polowanie oczami ofiary, poprzez ciekawie przedstawione dochodzenie, aż do finału. W dodatku powieść obfituje też w równie zaskakujące zabawne momenty, które powodowały, że od czasu do czasu nie mogłam się powstrzymać od wybuchów śmiechu. Wiele w tym zasługi prowadzących śledztwo pracowników Departamentu Q – dialogi między nimi i ich interakcje były często bardzo zabawne... Jak poprzednio, głównym bohaterem „Zabójcy bażantów” jest Carl Morck, wciąż pełen sprzeczności i problemów, i jego współpracownik, Assad, który pozostaje w dalszym ciągu tajemniczy i pełen niespodzianek. Jussi Adler-Olsen wprowadza też w szeregi Departamentu Q nową pracownicę – obok Assada u boku Morcka pracuje też Rose Knudsen – młoda dziewczyna równie niezależna, krnąbrna i niesubordynowana jak i on. Jednym słowem – ktoś ciekawy, o kim bardzo chętnie przeczytam w kolejnych książkach. „Zabójcy bażantów” to moja pierwsza książka przeczytana w tym roku, bardzo udany początek roku i lektura warta polecenia. Niesamowicie udany kryminał, wciągający i pełen napięcia. Będę z niecierpliwością wypatrywać kolejnej książki Jussi Adler-Olsena, a wszystkim tym, którzy lekturę jego książek mają jeszcze przed sobą – zazdroszczę... |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Adres do korespondencji
O mnie
Przeczytane 2010
Przeczytane 2011
Przeczytane 2012
Ulubione blogi książkowe - angielskie
Ulubione blogi książkowe - polskie
Wyzwania literackie
Zakładki
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||